Wejście w nową dekadę z przytupem, czyli Erazmus 2020



Poza tym, że bawiłam się w świetnym towarzystwie (głównie polsko-włoskim), to udało mi się skubnąć trochę kultury miejsc, w których byłam. Stwierdziłam, że mogę się tym szerzej podzielić, tym bardziej, że kocham pisać i prowadziłam już kiedyś bloga. Zapraszam!


Dlaczego wyjechałam na Erazmusa?

Chciałam urozmaicić swoją studencką rzeczywistość i skonfrontować zdobytą wiedzę z rzeczywistością. Studiuję filologię francuską i angielską, dużo uczę się o tych kulturach. Następnym krokiem powinno być użycie tego w praktyce, prawda? Francję odwiedzałam już kilka razy, mieszkałam u francuskich rodzin podczas szkolnych wymian i spędziłam w Paryżu trzy dni na intensywnym zwiedzaniu, lecz było to parę ładnych lat temu. Czułam, że nadszedł czas, by odświeżyć pamięć. Z drugiej strony, bardziej ciągnęło mnie do Anglii. Moim jedynym doświadczeniem z tego kraju była wizyta w zamku w nadmorskim Dover, ale to nie był jedyny powód. Zawsze czułam, że język angielski jest mi bliższy. Tak samo literatura czy muzyka – uwielbiam powieści Dickensa, a dzieciństwo minęło mi w rytmie piosenek Depeche Mode, U2 i The Prodigy (dzięki, tato, za godziny wspólnego słuchania płyt, teraz znam je wszystkie na pamięć!).


Co wybrać, czyli między Anglią a Francją


Mimo szczerego zapału do zagłębienia się w kulturę obu krajów, przerażała mnie ilość dokumentów, które trzeba było przedstawić, ubiegając się o wyjazd. Średnia ocen, list motywacyjny, lista wybranych uczelni… Nie chciało mi się. Przekonała mnie koordynatorka wymiany studenckiej, która widocznie widziała we mnie dobrą kandydatkę. Tuż przed upływem terminu złożyłam dwa wnioski – o wyjazd do Paryża i do Liverpoolu. Miesiąc później dowiedziałam się, że jestem w gronie wybranych szczęśliwców na obu instytutach, na których studiuję. Musiałam się jednak zdecydować. Był styczeń 2019 roku, a nad Wielką Brytanią wisiała niepewna przyszłość w Unii Europejskiej. W przypadku Brexitu program wymiany mógł być wstrzymany. Wybór padł więc na Paryż.


PARYŻ - PIERWSZE MIGAWKI


Trafiłam w oko cyklonu, czyli strajk

Wylądowałam w Paryżu na początku stycznia tego roku. Niestety, to był niespokojny okres strajków przeciwko reformie systemu emerytalnego. Organizowano marsze uliczne, ale największym echem odbił się protest pracowników transportu. Komunikacja miejska była bardzo ograniczona: pociągi podmiejskie i autobusy jeździły dużo rzadziej, a niektóre linie metra były wyłączone. W takich warunkach przyszło mi przedostać się z dwiema pękatymi walizkami z lotniska do mojego lokum w trzynastej dzielnicy, po lewobrzeżnej stronie miasta. Już nie pierwszy raz podróżowałam sama z bagażami, które ledwo udawało mi się unieść, więc dałam radę. Ścisk był jednak niesamowity. Perony i przejścia podziemne roiły się od pasażerów i ochroniarzy, którzy pilnowali względnego porządku i informowali o zmianach w przejazdach.


Problemy z dojazdami trwały jeszcze przez kolejne tygodnie, ale ja na szczęście nie musiałam na co dzień korzystać z komunikacji miejskiej. Uczelnia była na tyle blisko mojego miejsca zamieszkania, że na zajęcia chodziłam pieszo.


Co nie znaczy, że nie zetknęłam się już więcej ze strajkiem!


To właśnie uniwersytet stał się kotłem, w którym aż kipiało od działań przeciwko planowanej ustawie. Regularnie organizowano wystąpienia, głównie z inicjatywy studentów. W jednej sali urządzono miejsce do dyskusji o reformie. Zdarzało się nawet, że zajęcia były odwoływane, o czym informowano nas mailowo. Z jednym wyjątkiem.


W pewien mroźny piątkowy poranek szłam na zajęcia na 8:00 i zastałam tłum gnieżdżący się na uczelnianym dziedzińcu. Okazało się, że pewna grupa studentów wyniosła w nocy krzesła, którymi zabarykadowała wejście na uczelnię. Roznosiły się też plotki, potwierdzone potem przez dyrekcję, że zdemolowali większość sali wykładowych i niektóre aule, a korytarze zastawili stołami. Za zamkniętymi drzwiami od świtu próbowano przywrócić wszystko do ładu. Nie wiadomo było, kiedy ruszą zajęcia – mogła być to kwestia jednej lub kilku godzin. Mieli nas informować na bieżąco. Poszłam więc do pobliskiego Starbucksa i siedziałam tam prawie cztery godziny, przysypiając i sprawdzając maila. Zajęcia ruszyły w końcu o 12:00. Ta sytuacja pokazała mi, że działania obywatelskie w Paryżu mogą być bardzo dynamiczne i nieprzewidywalne. Nauczyłam się być gotowa na różne scenariusze.


Nieswojo we francuskiej restauracji

Pierwszy dzień na uczelni. Długie spotkanie organizacyjne, mnóstwo informacji, nowa teczka, torba płócienna i długopis. O 17:00 byłam tym wszystkim zwyczajnie zmęczona. Chciałam pójść na herbatę gdzieś w okolicy, odpocząć i na spokojnie poukładać notatki. Wiedziałam, że Francja to bardziej bary i eleganckie restauracje niż kawiarnie o niezobowiązującej atmosferze, mimo to wyruszyłam na poszukiwania. Weszłam do pierwszego obiecująco wyglądającego miejsca. Zajęty był tylko jeden stolik, przy którym siedziało kilka kobiet pijących wino. Za barem stał mężczyzna, który leniwie układał naczynia, gawędząc przy tym z kelnerką krążącą między kuchnią a salą. Gdy spytałam o herbatę, dziwnie się na mnie spojrzeli, ale przyjęli zamówienie. Zrozumiałam, że nikt o tej porze nie spodziewa się klientów chcących zaszyć się w kącie ze swoimi sprawami i herbatą.


Tak więc zeszłam na dół do toalety, a potem czym prędzej wróciłam do domu. Już nigdy potem nie poszłam sama do baru na herbatę o takiej godzinie.


Językowe przepychanki zdarzały mi się potem dość często w kawiarniach i restauracjach. Zawsze zwracałam się do obsługi po francusku, sugerując, że jestem w stanie się dogadać. Ale oni i tak swoje. Gdy tylko wyczuli, że nie jestem rodowitą Francuzką, od razu przerzucali się na angielski, a mi zaczynały się plątać od tego wszystkiego słowa. Jednak za każdym razem odpowiadałam po francusku – w końcu przyjechałam tam, żeby używać tego języka na co dzień! Z boku taka dwujęzyczna wymiana zdań musiała wyglądać komicznie :)


Sucharki, dżem i bagietka – jem po francusku

Pamiętałam z licealnych wyjazdów zamiłowania kulinarne Francuzów: sucharki smarowane dżemem, sok pomarańczowy do śniadania, jogurt na deser, bagietka z masłem solonym i serem camembert. Sklepowe półki pełne tych specjałów przywróciły mi wspomnienia kolacji u francuskich rodzin. Chciałam je odtworzyć choć w małym stopniu, więc kupiłam paczkę sucharków, które chrupałam potem ze smakiem do jaglanki. Odkryłam też konfiturę z rabarbaru - nigdy czegoś takiego nie widziałam. Dżemy we Francji kojarzyły mi się bardziej z mirabelkami i brzoskwiniami, więc ten rabarbar bardzo mnie zaintrygował. Okazał się przepyszny! Podzieliłam się nim z moimi współlokatorkami, Martą i Julką (pozdrawiam was dziewczyny!) i daję słowo – dżem zniknął w kilka dni.


Wkrótce po przyjeździe byłam już stałym klientem piekarni w pobliżu mojego domu. Prawie codziennie chodziłam tam po bagietkę. I wiecie co? Według mnie kupowanie pieczywa idealnie wpisuje się w obraz Francuza w pasiastym sweterku i kaszkiecie, trzymającego pod pachą bagietkę. A to dlatego, że sprzedawcy najczęściej nie dawali mi żadnej siatki, tylko owijali wokół bagietki skromny papierek i wręczali mi ją do ręki. Z tym dość pokaźnych rozmiarów zakupem można było zrobić tylko jedno – delikatnie przetransportować prosto do domu. Gdy dla wygody robiłam czasem między zajęciami większe zakupy na mieście, musiałam się liczyć z wystającą z torebki na kilkanaście centymetrów bagietką. Niezbyt wygodne.


Francuskie specjały kusiły mnie również wtedy, gdy przechodziłam obok cukierni. Przez cały styczeń w witrynach widniały przepięknie wyglądające galettes des rois, jedzone z okazji święta Trzech Króli. Są to kruche placki przełożone masą migdałową – takie proste, a tak cieszy podniebienie. Dodatkowo, w każdym galette ukryta jest niespodzianka – mała porcelanowa figurka. Ten, kto znajdzie ją w swoim kawałku, jest ogłaszany królem lub królową dnia i dostaje koronę. W naszym domu dwa razy zaszczyt ten przypadł Marcie. Ja, choć bardzo się starałam, nigdy nie znalazłam niespodzianki… ;)



W czasie kolejnych miesięcy czekały mnie jeszcze inne odkrycia kulinarne, do których wrócę w kolejnym poście. Dokądkolwiek pojadę, spróbowanie lokalnej kuchni to mój obowiązkowy punkt programu – fascynuje mnie to, że w zależności od kraju czy regionu smaki mogą się tak od siebie różnić. Zostańcie więc ze mną! Obiecuję pyszną przygodę :)


Byliście kiedyś we Francji? Spotkały was podobne sytuacje?

Podzielcie się w komentarzach swoimi doświadczeniami!

Do następnego!

623 wyświetlenia1 komentarz

©2020 by OCZAMI KAROLINY. Created with Wix.com

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now