Zasłonięty Big Ben i zalany pokój, czyli eurotunelem z Paryża do Londynu


W połowie lutego na francuskich uczelniach zaczynały się ferie zimowe. Ja miałam tydzień, a Marta aż dwa tygodnie wolnego. Postanowiłyśmy, że zorganizujemy z tej okazji coś specjalnego i tak narodził się pomysł wycieczki do Londynu. Można by pomyśleć: spędziły ledwo miesiąc we Francji, a już kombinowały z podróżami! Mało im było atrakcji w Paryżu? Nie, atrakcji było aż nadto! Jednak studiowanie anglistyki zobowiązuje. Tak się składało, że ani ja, ani moja koleżanka nie odwiedziłyśmy przedtem stolicy Wielkiej Brytanii. To dla studenta kultury brytyjskiej wręcz wstyd! Szybko trzeba było uzupełnić ten brak, a warunki nam sprzyjały – z Francji miałyśmy poniekąd dużo bliżej do Anglii niż z domu, z Polski. Poza tym, z Paryża jeździ do Londynu bezpośredni pociąg. Podróż zajmuje dwie godziny i przebiega między innymi przez tunel poprowadzony pod kanałem La Manche. Brzmiało to jak niezła atrakcja i zachęciło nas jeszcze bardziej.


JAK WYGLĄDA PODRÓŻ DO WIELKIEJ BRYTANII PO BREXICIE?

Na paryskim dworcu Gare de l’Est znajduje się osobny peron dla połączeń z Wielką Brytanią. Aby się na niego dostać, trzeba najpierw wjechać na pierwsze piętro i przejść przez kontrolę graniczą. Pokazujemy bilet, dowód osobisty lub paszport i przechodzimy do pasażu ze sklepami i kawiarniami, gdzie z boku jest też wejście na peron. Jednak jest ono pilnowane i otwiera się dla pasażerów dopiero 10 minut przed odjazdem. Sam pociąg wygląda w środku trochę kosmicznie, a to za sprawą wysokich czarnych siedzeń. Dwa bilety kosztowały nas 140 euro.


GDZIE ZATRZYMAĆ SIĘ W LONYDNIE?

Ceny pokojów na stronie booking.com były wysokie – tygodniowy pobyt kosztował mniej więcej 300-400 funtów, nie tylko w centrum miasta. Szukałyśmy czegoś zarówno w dogodnej lokalizacji, jak i taniego. Wiedziałyśmy, że całe dnie będziemy spędzać na zwiedzaniu, chodziło nam więc tylko o przyjemne miejsce do spania oraz możliwość zrobienia rano owsianki i kawy. Miałyśmy szczęście, bo dość szybko natrafiłyśmy na pokój za 240 funtów. Od razu zarezerwowałyśmy. Znajdował się w kilkupokojowym mieszkaniu we wschodniej dzielnicy, tuż przy stacji Stepney Green. Mogłyśmy stamtąd dojechać do centrum bez przesiadek, oprócz tego miałyśmy pod nosem różne linie autobusów. W pobliżu było kilka większych sklepów, co też się dla nas liczyło. Okolica była spokojna, z niskimi blokami i domkami z cegły.

Pokój był malutki, nasze łóżka dzieliło od siebie jakieś dwadzieścia centymetrów. Miałyśmy za to mini balkon i dostęp do dobrze wyposażonej kuchni, a nawet pralki. Woda w kranie była ciepła (co czasem nie jest takie oczywiste!), dostałyśmy też świeże ręczniki od właściciela mieszkania. Co prawda nie obyło się bez pewnej przygody…

Niespodziewana awaria

Rankiem po pierwszej nocy, gdy wystawiłam nogi spod kołdry, zorientowałam się, że moje klapki pływają. Na podłodze była centymetrowa warstwa wody! Za to z kuchni dobiegały jakieś głosy. Gdy wyjrzałyśmy zza drzwi, zobaczyłyśmy jakiegoś pana stojącego w kuchni i majstrującego coś przy pralce. Okazało się, że pękła rura i wylała się z niej woda, która przedostała się też do nas, bo nasz pokój znajdował się najbliżej. Mężczyzna, który miał wschodnioazjatycki wygląd i akcent, okazał się właścicielem mieszkania (klucze do pokoju wydał nam poprzedniego wieczoru jego syn). Zaczął nas przepraszać, złapał za mop i powiedział, że wszystko posprząta i zadzwoni po mechanika. Gdy wróciłyśmy wieczorem z naszego zwiedzania, wszystko było już w porządku. Do końca naszego pobytu w mieszkaniu nie wydarzyło się już nic nadzwyczajnego, jednak ta sytuacja pokazała, że nigdy nic nie wiadomo.


JAK PORUSZAĆ SIĘ PO LONDYNIE?

Dobrym rozwiązaniem jest kupienie karty Oyster. Pozwala ona na przejazdy wszystkimi środkami komunikacji miejskiej - metrem, kolejką i autobusami. Trzeba tylko określić strefy, w ramach których będziemy jeździć (zabytki i dzielnice mieszkaniowe otaczające centrum to przede wszystkim strefa 1 i 2) i wpłacić wybraną sumę jako depozyt. My wydałyśmy z góry 50 funtów i akurat starczyło nam na 7 dni.

W autobusie - szczęśliwe jak dzieci

Prawdziwą frajdą były dla nas oczywiście piętrowe autobusy. Czasem specjalnie rezygnowałyśmy z metra, by w zamian przejechać się tym czerwonym, symbolicznym angielskim pojazdem. Po wejściu obowiązkowo przykładałyśmy kartę Oyster do czytnika, a potem pędziłyśmy na górny pokład, by zająć najlepsze miejsca. Stamtąd mogłyśmy lepiej obserwować miasto. Problemem było tylko zejście z powrotem na dół, gdy zbliżał się nasz przystanek. Na wąskich schodkach trudno było utrzymać równowagę, tym bardziej, że autobus był w trakcie jazdy. Za każdym razem, gdy próbowałam zejść, chwiałam się na wszystkie strony, a kilka razy prawie upadłam. Wniosek nasuwa się taki, że najlepiej wstać ze swojego miejsca i zejść już na przystanku wcześniej i tak przygotowanym poczekać przy drzwiach ;)


MUZEA

Wstęp do muzeów narodowych, tak jak we Francji, był w Londynie darmowy. Korzystałyśmy więc z tego na tyle, na ile pozwolił nam nasz kilkudniowy pobyt. Byłyśmy w:


Tate Modern - bardzo fajne, nowoczesne muzeum z wystawami artystów z różnych stron świata, trafiłyśmy nawet na prace Edwarda Krasińskiego;


Tate Britain - przekrój malarstwa brytyjskiego;


Muzeum Historii Londynu – interaktywne muzeum pełne ciekawych informacji o życiu w Londynie. Tak wciąga, że można spędzić tam pół dnia;


Muzeum Historii Naturalnej (Natural History Museum) – tam też przychodzi się raczej na dłużej. Na mnie największe wrażenie zrobił szkielet płetwala błękitnego wiszący w jednej z hal;


The British Museum – coś na kształt Luwru, więc powtórka tego, co widziałam już kilka razy: wazy greckie, stara broń, monety i naczynia. Oryginalna była za to wystawa poświęcona Ameryce Północnej i Australii, tego nie spotyka się zbyt często.

Tate Britain

hall w Tate Modern

płetwal błękitny w Natural History Museum


Rozczarowało nas natomiast to, że bardzo drogi (15-16 funtów!) był wstęp do niektórych kościołów, na przykład do katedry świętego Pawła czy opactwa Westminster. Tak samo było też z szekspirowskim teatrem The Globe. Można było wejść tylko do hallu głównego, a za zobaczenie najstarszej części trzeba było zapłacić. I nie działały w tym przypadku żadne ulgi dla studentów czy osób poniżej 26. roku życia, jak w Paryżu.


Kolejnym niemiłym zaskoczeniem był Big Ben schowany pod rusztowaniem. Wieża, tak samo jak cały parlament, przechodzi renowację i jest obecnie całkowicie zasłonięta. Wygląda jak wielki czarny klocek, a wrażenie robi zerowe. Ciekawe, kiedy ponownie zostanie odsłonięta.

JAK ORGANIZOWAŁYŚMY SOBIE ZWIEDZANIE?

Spisałyśmy na kartce rzeczy, które każdy turysta powinien zobaczyć, ale nie trzymałyśmy się tej listy rygorystycznie. Każdego dnia wybierałyśmy inną część miasta i spacerowałyśmy po niej, odkrywając mniej lub bardziej znane miejsca. W międzyczasie wstępowałyśmy gdzieś na kawę, potem na obiad, a kończyłyśmy zwykle na muzeum, które było w pobliżu. Spacer po mieście kończyłyśmy zawsze późnym wieczorem, mając w nogach kilkanaście kilometrów. Marzyłyśmy wtedy jedynie o odpoczynku w naszym małym pokoju, ale wysiłek się przydał. Dzięki temu, że każdy dzień był intensywny, odwiedziłyśmy najważniejsze zakątki Londynu w sześć dni, pojechałyśmy też do Greenwich oraz Brixton - dzielnicy wysuniętej już znacznie na południe.


CZEGO BRAKOWAŁO MI W PARYŻU, CO ZNALAZŁAM W LONDYNIE

Kawiarnie! Takie w nowoczesnym stylu, z opcjami śniadaniowymi, ciekawymi wypiekami i pyszną, kremową kawą. Chodząc po Paryżu, mijałam same francuskie restauracje lub bary, gdzie można było wpaść na szybkie espresso. Trudno było znaleźć przytulne kawiarnie w stylu, który mi odpowiadał - musiałam specjalnie ich szukać. Za to w Londynie znajdowałam je od tak, przy okazji i za każdym razem były po prostu świetne. Często przy kasie były rozstawione pięknie wyglądające słodycze (w tym tradycyjne bułeczki scones w kilku odsłonach), jak i słone przekąski. Raz w witrynie zobaczyłam nawet chleb na zakwasie z dodatkiem czekolady. Kawa też smakowała mi lepiej niż we Francji – może to kwestia kultury picia kawy? ;) Zauważyłam, że we Francji, podobnie jak we Włoszech, jest ona mocniejsza i bardziej gorzka, a mleko nie zawsze jest spienione. Ja lubię trochę się w tym napoju rozsmakować. Wedle moich standardów, konsystencja kawy musi być puszysta i kremowa i właśnie taką serwowano w londyńskich kawiarniach.

MOJE OGÓLNE WRAŻENIA

Fakt, byłam tam krótko i nie zdążyłam poczuć, co to znaczy mieszkać w Londynie na co dzień, ale te kilka dni wystarczyło, żebym zachłysnęła się miastem. Jego atmosferą, kulturą i ludźmi. A ludzie byli tam zróżnicowani chyba jeszcze bardziej niż w Paryżu. Mijałam sporo osób pochodzenia hinduskiego, pakistańskiego i karaibskiego, a także Chińczyków i Bengalczyków (w okolicy, gdzie mieszka ich najwięcej, nazwy ulic podawane są także w ich języku). Oczywiście dużo razy słyszałam też, jak ktoś mówi po polsku. Odniosłam wrażenie, że w stolicy Wielkiej Brytanii jest miejsce na wszystko: na meczet, sklepy z burkami, kuchnię Hong Kongu, chińskie bary typu take away i restauracje indyjskie. Na pełną artystycznego graffiti okolicę przy stacji metra White Chapel i eleganckie rezydencje na Notting Hill.

A jeśli już o rezydencjach mowa - spodobała mi się sama architektura miasta. Ceglane budynki, które zdecydowanie tam dominują – w kolorze brązowym, czerwonym i piaskowym - mają coś w sobie. Chcę te cegły zobaczyć jeszcze raz, dlatego wiem, że prędzej czy później tam wrócę.

Do następnego!

173 wyświetlenia

©2020 by OCZAMI KAROLINY. Created with Wix.com

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now