Jak mi się mieszkało u SIÓSTR ZAKONNYCH w Paryżu?


Gdzie będę mieszkać? – to jedno z najważniejszych pytań, jakie zadaje sobie student wyjeżdżający na wymianę. Większość osób ubiega się o miejsce w akademiku, co wymaga przejścia dość skomplikowanej i długiej procedury. Ale niektórzy szukają czegoś na własną rękę. Ta opcja otwiera różne możliwości, mniej lub bardziej oczywiste. Wiedzieliście na przykład, że oprócz klasycznego wynajmu mieszkań dostępne są też pokoje w takich placówkach, jak Polska Akademia Nauk lub dom polskich sióstr zakonnych?

Tak, nie przesłyszeliście się! Zakonnice z Polski prowadzą w Paryżu dom gościnny imienia świętego Kazimierza (Maison polonaise, Œuvre de Saint Casimir) i nie jest to bynajmniej zwykły pensjonat. Ciężko nawet przypisać mu jedną określoną funkcję. W jego skład wchodzi kaplica i kilka połączonych ze sobą budynków. W jednym z nich mieszkają starsi ludzie, którymi opiekują się siostry, a w pozostałych są pokoje do wynajęcia. Prawie zawsze wszystkie są zajęte, chociaż siostry nie uprawiają agresywnego marketingu i nie promują się zbytnio. Na ich stronie internetowej nie tak łatwo znajdziemy ofertę wynajmu. Dużo szybciej natrafimy na historię tego miejsca, które istnieje od XIX wieku i na początku przyjmowało polskie sieroty i powstańców. Mimo to, kto o możliwości wynajmu powinien wiedzieć, ten wie. Informacja jest przenoszona pocztą pantoflową. Przekonałam się o tym, gdy pewnego dnia natknęłam się przy drzwiach wejściowych na… dyrektora spraw studenckich instytutu Romanistyki mojej warszawskiej uczelni! Tym samym odkryłam, gdzie doktor nocuje, gdy przyjeżdża do Paryża na konferencje naukowe ;)

Skoro tak trudno zdobyć informację o domu imienia świętego Kazimierza, to jak ja się o nim dowiedziałam? No cóż, mając u boku tak świetnego organizatora jak Marta, można spać spokojnie. Wiem, że wspominam Martę praktycznie we wszystkich postach, ale nie może być inaczej. Na wymianie żyłyśmy niczym w symbiozie! Tak więc już rok temu w maju, zanim w ogóle zaczęłam myśleć o moim przyszłym paryskim lokum, moja koleżanka zaproponowała, byśmy razem zarezerwowały pokoje u sióstr. Dziś wiem, że było to mądre posunięcie – gdyby nie szybkość naszych działań, ktoś na pewno wskoczyłby na nasze miejsce, bo zainteresowanych nie brakowało nawet w czasie trwania roku akademickiego. Parę osób mieszkało tam na stałe albo przebywało przez kilka miesięcy, jak my. Byli też i tacy, którzy potrzebowali pokoju tylko na parę dni. We wspólnej kuchni ciągle widywałam więc kogoś nowego, aż w końcu straciłam rachubę, kto jest kim i na ile przyjechał. Jednak nie myślcie, że był to jakiś ogromny akademik, gdzie wszyscy pozostawali anonimowi. Było wręcz przeciwnie – panował tam klimat ciepłego azylu (w znaczeniu dosłownym, kaloryfery tak przyjemnie grzały!). Budynek, w którym mieszkałyśmy, był mały - liczył dwa piętra i mieścił może z dwadzieścia pokoi. Nasza domowa rzeczywistość ograniczała się jednak tylko do pierwszego piętra, gdzie oprócz nas przebywało nie więcej niż pięć, w porywach sześć osób. Prawie wszyscy byli studentami z Polski. Jedyną Francuzką pośród nas była Caroline z Marsylii, która przeniosła się do Paryża na studia.


WIECZORY CZWARTOWE Z DZIEWCZYNAMI

Niemal od razu zaczęłyśmy integrować się z Julką, która mieszkała razem z Caroline zaraz obok nas. Zaczęło się od rozmów w kuchni - jedynej wspólnej przestrzeni w domu, gdzie miały początek wszystkie znajomości - a skończyło na wieczorkach, które urządzałyśmy w prawie każdy czwartek u siebie w pokojach. Zwykle przygotowywałyśmy kolację, obowiązkowo z bagietką, dobrym serem, pomidorkami koktajlowymi, rukolą i dżemem. Z głośnika puszczałyśmy francuskie piosenki. W takiej atmosferze zdawałyśmy sobie nawzajem relacje z minionych dni i planowałyśmy podróże. Wszystkie byłyśmy bowiem zdeterminowane, żeby poznawać Francję, a fakt, że z Paryża pociągi jeździły we wszystkich możliwych kierunkach, dodatkowo nas motywował.Ale, ale… o podróżach będzie później :)


JAK WYGLĄDAŁ MÓJ POKÓJ?

Od moich znajomych słyszałam, że pokoje w akademikach mają najczęściej 9 metrów kwadratowych, w co wlicza się także mikrołazienka. Wyposażenie to łóżko, biurko, mała szafa i lodówka. Moje lokum miało około 13 metrów i było na tyle przestronne, że mogłam spokojnie rozłożyć na podłodze matę i ćwiczyć. Miejsca było aż nadto – szuflady pod łóżkiem i kilka półek zostało wolnych, ale to też dlatego, że nie zabrałam ze sobą dużo rzeczy. Naprawdę nie miałam na co narzekać. Siostry zostawiły mi do własnego użytku koszyk ze sztućcami, talerze, kubki i czajnik; biurko było duże i solidne, z dwiema szafkami pod blatem, a przy wejściu do łazienki, za zasłoną, krył się dodatkowy schowek z drążkiem na ubrania. Lodówka też była, rozmiarami idealnie pasująca do potrzeb jednej osoby. To było wszystko, czego potrzebowałam. Po moich wcześniejszych doświadczeniach wspólnego mieszkania z różnymi osobami poczułam, jak komfortowo jest mieć własną łazienkę, lodówkę i czajnik. Nie musiałam się obawiać, że ktoś podkradnie moje rzeczy lub wyprzedzi mnie i zamknie się w toalecie na 20 minut. No i nie musiałam też non stop krążyć między kuchnią i pokojem. Chociaż to ostatnie nie byłoby dużym problemem – kuchnię miałam zaraz za ścianą :) 


Za pokój płaciłam 550 euro miesięcznie. To więcej niż za akademik, ale i warunki były zupełnie inne. Poza tym mieszkałam w dobrej lokalizacji, blisko miałam stację metra i kolejki miejskiej, a spacer na uczelnię zajmował mi około dwudziestu minut. Przed wprowadzeniem się nie musiałam załatwiać pliku dokumentów, które były niezbędne w przypadku starania się o przydział w akademiku. Finalnie jestem więc bardzo zadowolona z tego wyboru.

ŻYCIE CODZIENNE Z SIOSTRAMI ZAKONNYMI

Pewnie interesuje was, jakie zasady panowały w domu sióstr zakonnych. Czy traktowały nas surowo? Czy trzeba było zachowywać się nienagannie? Wraz z umową o wynajem trzeba było podpisać regulamin, ale nie różnił się on wcale od typowego zbioru zasad funkcjonowania w akademiku. Cisza nocna od 22:00 do 7:00, zakaz przyjmowania na noc osób z zewnątrz, konieczność utrzymywania porządku w pokoju. Jeśli zaś chodzi o chodzenie do kościoła, to nie, nie było obowiązku uczestnictwa we mszy w kaplicy ;) Nawet nikt nas do tego nie namawiał ani o tym nie przypominał. Każdy żył swoimi sprawami. Ja często wychodziłam z domu rano, a wracałam dopiero późnym wieczorem, więc codzienny kontakt z siostrami ograniczał się do szybkiego „Szczęść Boże”, jeśli w ogóle spotykałam którąś z nich w drodze przez dziedziniec ku furtce wyjściowej.


OBCHODY ŚWIĘTA TRZECH KRÓLI

Na mszę do kaplicy poszłam z dziewczynami raz, z okazji święta Trzech Króli. Siostry organizowały z tej okazji spotkanie i poczęstunek z Polonią, która przybyła z różnych zakątków Francji. Był polski ksiądz i chór złożony z członków polskiego duszpasterstwa w Paryżu. Po oficjalnej części przeszliśmy do sali ze sceną, na której swój występ miały mieć dzieci. Było tłoczno i gwarno, a po chwili rozległ się donośny śpiew – to małe dziewczynki i chłopcy zaczęli śpiewać piosenki religijne po polsku. I choć zwykle takie rzeczy mnie nie wzruszają, tym bardziej, że jestem trochę na bakier z Kościołem, to tamta chwila była jedną z takich, kiedy poczułam moją przynależność do Polski ze zdwojoną siłą. Takie uczucia mogą się w nas rozbudzić chyba tylko wtedy, gdy jesteśmy daleko od ojczyzny.

Mówiąc już mniej górnolotnie, ta uroczystość była dobrym przypieczętowaniem naszego przyjazdu. Pozwoliła nam trochę lepiej poznać siostry i inne osoby pracujące na terenie ośrodka – na przykład pana Krzysia, który był złotą rączką i naprawiał wszystko, od psującej się kabiny prysznicowej do mojej walizki, której kłódka się zacięła i po przyjeździe nie mogłam jej otworzyć… Podczas poczęstunku zadaniem pana Krzysia było dbanie o to, by nikomu nie brakowało wina i ciasta (mowa oczywiście o galette des rois, o którym pisałam w pierwszym poście!). Skończyło się na tym, że trochę szumiało mi w głowie, gdy wychodziłam z tej imprezy.

Tak więc widzicie, mieszkanie u zakonnic może być pełne wrażeń. Czy poleciłabym tą opcję innym studentom, szukającym w Paryżu lokum na okres wymiany? Pewnie! Nie tylko im, ale i wszystkim, którzy planują krótki pobyt w stolicy Francji. Szczególnie, jeśli język francuski stanowi dla was barierę w komunikacji. Siostry mieszkające w Saint Casimir są Polkami, więc dogadacie się bez problemu :)


Do następnego!

229 wyświetlenia

©2020 by OCZAMI KAROLINY. Created with Wix.com

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now