CZY JA SIĘ W OGÓLE UCZYŁAM na tym Erazmusie?! Czyli czym dla mnie była wymiana


z moją siostrą Martynką przed wejściem na uczelnię


Jak już wiecie z poprzedniego postu, wydarzenia kulturalne w mieście otaczały nas z każdej strony i zaczęły szczelnie wypełniać nasz grafik – co drastycznie zmniejszyło czas na naukę ;) Do tego doszedł jeszcze… staż w Bibliotece Polskiej. I tu mój ukłon w stronę mojej kochanej współlokatorki – to ona odkryła to miejsce i zaproponowała, byśmy razem się tam udzielały. W każdy czwartek przychodziłyśmy więc przed zajęciami i pomagałyśmy w katalogowaniu książek, głównie pochodzących ze starych zbiorów, przekazanych bibliotece jako prezent. Dostałyśmy specjalne fartuchy i rękawiczki, by nie dotykać książek palcami, ale też, żeby się nie pobrudzić – papier miał już swoje lata, kartki czasem były naderwane, ze środka wypadały odłamki stron. Muszę przyznać, że ta praca była jedyna w swoim rodzaju! Przebrnęłyśmy przez kilkanaście kartonów z pozycjami polskimi i francuskimi, z których spora część była klasyką: Mickiewicz, Słowacki, La Fontaine… wydania pochodziły niekiedy jeszcze z XIX wieku. Segregowałyśmy też wiekową, prywatną korespondencję literatów i osób powiązanych ze środowiskiem literackim. Nie sposób było nie zajrzeć w treść, w której dominowały wyszukane sformułowania w starej polszczyźnie, idealnie wykaligrafowane na cienkim papierze. Zaczęło się we mnie rozbudzać zamiłowanie do początków współczesnej polskiej kultury, do klasyków…

Biblioteka znajdowała się w historycznej kamienicy na wyspie Saint-Louis, w bliskim sąsiedztwie Notre Dame. Z czytelni, gdzie pracowałyśmy, rozciągał się piękny widok na Sekwanę, a zza budynków po drugiej stronie brzegu wystawał dach Panteonu. Magia! Sale na pierwszym piętrze budynku były przekształcone w muzeum Adama Mickiewicza i Fryderyka Chopina, znajdowała się tam też mała wystawa o polskich dandysach w dziewiętnastowiecznym Paryżu. Doglądali tego głównie polscy bibliotekarze, naukowcy i badacze. Ciekawe rozmowy z nimi, domowa atmosfera biblioteki oraz regularnie organizowane tam wystawy, spotkania autorskie i koncerty sprawiły, że szybko stała się ona dla nas przytulnym, kochanym miejscem, a także podstawowym źródłem kontaktu z polską kulturą na naszej krótkiej emigracji. Nawet więcej - nie wiem do końca jak Marta, ale ja nabrałam dzięki temu większego szacunku do naszego dziedzictwa kulturowego :)

Okej, ważny punkt mojej codzienności na wymianie mamy za sobą. Teraz pora na mniej podniosłe wątki ;)

JAK TO JEST Z ZAWIERANIEM ZNAJOMOŚCI NA WYMIANIE STUDENCKIEJ?


TYDZIEŃ ADAPTACYJNY

Zwykle na uczelniach jest organizowany tydzień adaptacji dla przyjeżdżających studentów. Odbywa się wtedy kilka wydarzeń, których celem jest zapoznanie ze sobą ludzi i wdrożenie ich w życie uniwersytetu. Na Sorbonne Nouvelle, gdzie studiowałam, działo się naprawdę dużo na początku semestru, a ja nie chciałam przegapić momentu integracji. Brałam więc udział w grze w podchody, podczas której odkrywaliśmy zakamarki głównego budynku uczelni, poszłam też na grupowy spacer po okolicy, który zakończyliśmy winem w ogródku jednej restauracji. Towarzystwo było bardzo mieszane – było tam kilka osób ze Szwajcarii, Niemiec, jedna Włoszka Isabella (z którą się potem zaprzyjaźniłam, niesamowicie charyzmatyczna!), Węgierka, Rosjanka, Brazylijka. Rozmawialiśmy głównie po francusku, czasem wtrącając angielskie słówka. Mówiliśmy, co studiujemy, gdzie mieszkamy i jak daleko mamy do uczelni. To było fajne przypieczętowanie przyjazdu do Paryża. Dobry początek.


PECHOWA CAFÉ DES LANGUES

Nie tylko uczelnia zadbała o to, by godnie nas przyjąć. Istniało jeszcze Erasmus Student Network, czyli organizacja, która dbała o to, by nikomu z przyjezdnych nie było przypadkiem nudno. Na swojej stronie zawsze ogłaszali tygodniowy plan – spacery po Montmartre, gry i wieczory tematyczne, imprezy w klubach. Co prawda, nie korzystałam z tego, bo trzeba było najpierw wykupić kartę członka, z resztą i bez tego nie brakowało mi rozrywki i towarzystwa. Jednak jedna z ich inicjatyw mnie zaintrygowała. Była to Kafejka Języków (Café des Langues). Wydarzenie odbywało się w każdy poniedziałek w jednym barze przy dworcu Gare de l’Est i polegało głównie na rozmowach przy piwie. Członkostwo w organizacji nie było wymagane, mógł tam przyjść każdy. Organizowano tam też różne konkursy i zabawy, np. z okazji Walentynek. Brzmiało ciekawie. Do tego niemal każdy, kogo pytałam, był choć raz na Café des Langues. Słyszałam opinie, że to tam można poznać najwięcej ludzi. Decyzja więc zapadła – idę! Tylko że dziwnym trafem zawsze coś stało na drodze. Albo było oberwanie chmury i tak silny wiatr, że strach było wyjść z pokoju, albo byłam już zmęczona na wieczorne wyjścia, albo też nikt z moich znajomych nie miał zbytnio ochoty lub czasu, by mi tam towarzyszyć. Widocznie nie było mi pisane, bym skorzystała z tego wydarzenia.


LUDZIE TO SENS WYMIANY! (WEDŁUG MNIE:)

Chodziłam za to do znajomych, gdzie poznawałam kolejne osoby i to jest to, co mogę polecić studentom, którzy planują w przyszłości wyjechać na wymianę. Nie tylko dlatego, że to dobra forma odreagowania po wymagającym dniu na uczelni. To przede wszystkim szansa, by spotkać ludzi z różnych kręgów kulturowych, przekonać się, co myślą, jakie mają podejście do swojej przyszłości, co planują i w jakim miejscu obecnie się znajdują. A to może być tylko inspiracją dla nas samych. Ja na przykład podpatrzyłam, że dużo osób nie było przywiązanych do swojej ojczyzny, czuli się bardziej obywatelami świata i spełniali się tam, gdzie dostali akurat szansę. Przykładem tego było dwóch Hiszpanów, których poznałam u kolegi z Anglii. Na co dzień studiowali w Londynie, a do Paryża przyjechali na praktyki. Inny znajomy, z Maroka, mieszkał i uczył się we Francji, a niedługo po tym, jak się poznaliśmy, wyjechał na staż na parę miesięcy do Hongkongu. Natomiast jedna Australijka od dwóch lat podróżowała po Europie ze znajomymi i szukała swojego miejsca. Kiedy z nią rozmawiałam, mówiła mi, że od niedawna osiedliła się w Mediolanie i tam zaczęła pracować.

kolacja z szampanem u mojej kumpeli Włoszki Isabelli

Zawsze jestem zdania, że to inni ludzie są największą dawką inspiracji. To, co robią, jakie mają podejście do siebie, życia i świata w ogóle. Dlatego lubię słuchać, co mają do powiedzenia, jakie idee rodzą się w ich głowie, do czego dążą. Jeśli dochodzi do tego również różnica mentalności i odmienność kulturowa, otrzymujemy rozmowę, która jest naprawdę nieprzebraną skarbnicą pomysłów.


UCZELNIANA KAFEJKA TOWARZYSKA

Niestety, z nikim z moich nowych znajomych z pierwszego wypadu na wino nie miałam zajęć. Wybrałam przedmioty z różnych dziedzin i biegałam po całym kampusie, a ludzie wokół mnie zmieniali się jak w kalejdoskopie. Często zdarzało się tak, że w grupie byłam jedyną osobą w wymiany. Francuzi byli już zgrani między sobą i nie za bardzo się mną przejmowali. Po zajęciach szybko się ulatniali, ale i ja na siłę nie chciałam się integrować. Znalazł się jednak sposób, by widywać choć część naszego międzynarodowego erazmusowego składu. Uczelniana kafejka! Mieli tam zwyczaj przesiadywać Włosi, na czele z moją kruczoczarną charyzmatyczną Izą. Gdy pierwszy raz zobaczyłam, a raczej usłyszałam, jak żartowali, zajadając przy tym kanapki, czym prędzej do nich podeszłam. Natychmiast poprosili, bym się do nich przyłączyła. Wykombinowali dodatkowe krzesło i dołączyłam do ich grona, nie tylko na tamten jeden raz. Odtąd zawsze, kiedy szłam po kawę do bufetu, wypatrywałam ich kątem oka. Zarażali mnie swoją beztroską postawą, rozbawiali niekończącymi się anegdotami. To dodawało trochę otuchy i pozwalało odgonić czarne myśli, jakie chodziły mi po głowie z powodu jednego ciężkiego przedmiotu…


ZAJĘCIA Z LITERATURY FRANCUSKIEJ

Co innego studiować literaturę obcą w Polsce, a co innego w kraju, z którego pochodzą omawiane dzieła. Miałam wrażenie, że w Warszawie nie analizowaliśmy tekstów tak dogłębnie, jak to robiliśmy w Paryżu. Nie byłam na to przygotowana. Szczególnie, że moi koledzy z zajęć, którzy byli rodowitymi Francuzami, mieli dużo obszerniejszą wiedzę o ich narodowej literaturze niż ja. Znali więcej autorów, kontekst kulturowy był im bliższy. Ja musiałam to szybko nadrobić, jeśli chciałam zaliczyć przedmiot. Czekały na mnie cztery obszerne lektury z XVIII-tego wieku, między innymi takich autorów jak Diderot czy Marivaux. Zanim zorientowałam się, że nie powinnam była wybierać tych zajęć, przeznaczonych dla studentów III roku literaturoznawstwa, przebrnęliśmy przez pierwsze dzieło i zaczynaliśmy omawiać kolejne. Było już trochę za późno na wycofanie się. Zdecydowałam więc, że jakoś przez to przebrnę.

No cóż, nie powiem, żeby język francuski sprzed dwóch wieków zachęcał do czytania. Tak samo jak mały druk i świadomość, że przede mną jeszcze kilkaset stron do skończenia książki. Czytałam w metrze i przed snem, ale umówmy się – tym sposobem nie robiłam dużych postępów. A na zajęciach nasza dogłębna analiza tekstów posuwała się dalej. Zbliżał się też termin oddania długiej pracy pisemnej, tak zwanej dissertation (rozprawa naukowa).


Ale jak tu się skupić na czytaniu, skoro są jeszcze inne przedmioty, prace domowe, a na dodatek staż w bibliotece, zwiedzanie i znajomi? Dziś mogę powiedzieć, że nie wiem, jak dałabym radę, gdyby nie to, że uczelnie zostały zamknięte z powodu epidemii ;) W domu, już w Polsce, miałam mnóstwo czasu na odrobienie zaległości.


Podczas mojej wymiany nie bagatelizowałam uczelni, ale sami widzicie, że to, co pamiętam najbardziej, to interakcja z innymi ludźmi. Niezliczone spotkania i rozmowy, a także podróże i zwiedzanie – właśnie to wzbogaciło mnie i nauczyło dużo więcej, niż uniwersytet.

Zostawiam was z tą refleksją.

Co o tym myślicie? Zostawcie po sobie komentarz!


Do następnego!

480 wyświetlenia

©2020 by OCZAMI KAROLINY. Created with Wix.com

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now