Co warto zjeść w Paryżu: omlety i inne jajeczne wariacje

Aktualizacja: maj 22


Ostrzegam, ten post rozbudzi wasz apetyt! Zebrałam tutaj dania, których próbowałam w Paryżu i które do dziś wspominam ze smakiem. Niektóre z nich to klasyki kuchni francuskiej, inne są mniej oczywiste, choć równie ciekawe. Najlepiej czytajcie najedzeni.


Wspomniałam już, że gdziekolwiek jadę, z zapałem odkrywam lokalną kuchnię. Kocham pyszne i pięknie wyglądające jedzenie i ciągnie mnie, by próbować nowych rzeczy. Dlatego w Paryżu zapomniałam o polskim chlebie razowym i pełnoziarnistych bułkach, które tak lubię. Porzuciłam ukochane pierogi na rzecz naleśników. Na pewien czas kuchnia francuska mnie pochłonęła.


OMLETY

Omlet to jedna z moich ulubionych opcji na lunch. Moja domowa wersja jest bardzo puszysta, a przepis chyba zasługuje na osobny wpis na blogu :) Chciałam robić sobie omlety w Paryżu, ale niestety nie miałam niezbędnej trzepaczki. Dałam więc temu spokój i zaufałam kawiarniom, tym bardziej, że to przecież Francuzom przypisuje się udoskonalenie tego dania.


Talerz rozmaitości w Strada Café, 24 rue Monge

Pierwszy omlet, jaki jadłam na mieście, okazał się jednocześnie tym najlepszym. Duży, puszysty, z ziołami i pestkami dyni w środku. Spełnił wszystkie moje oczekiwania, a nawet więcej. Był podany z tostami z masłem solonym, kostką sera koziego i pomidorami. Tyle dobroci na jednym talerzu naprawdę satysfakcjonuje. Czego chcieć więcej? Może jedynie lepszej ceny, bo ten zestaw razem z kawą kosztował mnie około 12 euro.

Sama kawiarnia była bardzo przyjemnym miejscem z miłą obsługą. Poszłam tam z Martą w dzień powszedni o 13:00, czyli w porze lunchu. Wszystkie stoliki były zajęte, jedni goście wychodzili zaraz po zjedzeniu, a inni pracowali przy komputerze lub czytali. Gdyby nie to, że zajęcia i zwiedzanie szczelnie wypełniały mój grafik, a ceny jedzenia wymuszały oszczędzanie, na pewno też bym się tam nie raz zaszyła. Uwielbiam uczyć się pośród ludzi, w przytulnych wnętrzach.


Soczyste maleństwo w Café de Flore, 172 Boulevard Saint-Germain

Nie będę ukrywać, że kultowa kawiarnia Café de Flore była na mojej liście miejsc do odwiedzenia. Nie wiem do końca, na czym polega jej fenomen, ale jest to chyba połączenie pięknego, typowego dla francuskich restauracji wnętrza, prostego menu i zachwycających zdjęć jedzenia, które krążą po Instagramie. Jej popularność jest uderzająca – w środku zawsze jest ruchliwie i gwarno, a przed wejściem stoi długa kolejka oczekujących.

Zabrałam tam na lunch tatę i siostrę, którzy przyjechali do mnie pod koniec stycznia w odwiedziny. Trafiliśmy akurat na nieco mniejszy ruch, więc niemal od razu dostaliśmy stolik. Kelnerzy biegali wokół gości, przynosili dodatkowe koszyki z pieczywem, układali sztućce dla nowych klientów. Przy tym całym zabieganiu uśmiech nie schodził im z ust. Byli bardzo życzliwi i błyskawicznie reagowali na każdą prośbę. Dostali u mnie plusa także za to, że cały czas rozmawiali ze mną po francusku, chociaż na pewno spostrzegli, że nie jestem stamtąd (a jak wiecie z poprzedniego wpisu, obsługa często przestawia się na angielski – jeśli nie czytaliście, koniecznie zajrzyjcie!)

Café de Flore trochę mnie jednak zawiodła wielkością porcji. Nasze omlety były co prawda smaczne i przyprawione aromatycznymi ziołami, ale jakoś tak biednie wyglądały na talerzu. Nie podano nam też żadnych dodatków, jedynie pokrojoną bagietkę, która jest darmowa do każdego dania.

Tata wybrał zapiekaną kanapkę z jajkiem sadzonym. Według karty kosztowała 5 euro. Coś za tanio jak na Café de Flore, ale jak tak piszą, to bierzemy! Wyglądała i smakowała obłędnie. Tylko potem okazało się, że nie do końca zrozumieliśmy zapisu w menu – to jajko do kanapki kosztowało 5 euro, a sama kanapka trochę ponad 10. Cena końcowa trochę nas przestraszyła, ale machnęliśmy na to ręką. W końcu raz się żyje i niecodziennie jada w takim miejscu :)  

NALEŚNIKI

Kolejny dobry pomysł na zaspokojenie głodu w ciągu dnia. Zaczęło się od tego, że natknęłam się na niepozorne stoisko koło mojej uczelni. Pani sprzedawała tam różne warianty naleśników za 5-6 euro. Na poczekaniu smażyła ciasto, kładła dodatki, zawijała wszystko w trójkąt i wydawała na wynos. Ratowało mnie to wtedy, gdy miałam pół godziny między zajęciami na znalezienie czegoś treściwego do zjedzenia.

Niby był to tylko jeden naleśnik – ale za to sycący i dość tłusty. Za pierwszym razem wybrałam opcję z jajkiem, tartym serem, tuńczykiem i pomidorem. No cóż, sera pani nie żałowała. Ale co tu robić, jak protestować? Chrupiące ciasto w połączeniu z roztopionym parmezanem naprawdę cieszyło podniebienie. Chociaż za każdym razem, kiedy jadłam takiego naleśnika, obiecywałam sobie, że niedługo zacznę przynosić swoje jedzenie na uczelnię.

Ale to nie był koniec rozpusty!


Na bogato – Au P’tit Grec, Rue de Mouffetard

Prawdziwie wypasione naleśniki odkryłam na jednej z najstarszych ulic w Paryżu – Rue de Mouffetard, pełnej restauracji oraz sklepów z serami i winami. Kryła się tam perełka wśród naleśnikarni – malutkie miejsce prowadzone przez pewnego Greka, które już zdążyło stać się legendą. Od lat znane było z dobrej jakości i niskich cen, więc jadali tam zarówno turyści, jak i Francuzi.

Tam naprawdę nie żałowali! Nie spodziewałam się, że porcje będą tak duże. Naleśnik z warzywami, niewinnie opisany w menu, okazał się tak pękaty, że prawie nie dawałam rady go ugryźć. Było tam wszystko naraz: sałata, pomidor, tarty ser, pasta z bakłażana oraz gęsty mus z cukinii i papryki. Innego dnia wybrałam opcję z ziemniakami i pieczarkami i też ledwo temu podołałam.

Będąc w Paryżu, koniecznie trzeba zajść do Greka! To bardzo pozytywne i swobodne miejsce, idące trochę na przekór elegancji, z jakiej znane są francuskie restauracje. Tam, siedząc na wysokich stołkach przy drewnianym blacie, studenci i pracownicy biur codziennie pałaszują gorące naleśniki, podczas gdy niski uśmiechnięty Grek żartuje przy ladzie z zamawiającymi klientami (ja też ucięłam sobie z nim pogawędkę).


CROQUE MADAME

Prosta rzecz: dwie kromki chleba tostowego z plastrem sera (i najczęściej też szynki) w środku, na wierzchu jajko sadzone. Nic takiego, prawda? Nie dla mnie. Ta kombinacja smaków, chrupiące pieczywo i kuszący wygląd sprawiły, że kompletnie PRZEPADŁAM! Croque madame, bo o tym mówię, stała się moją ulubioną francuską potrawą. Jest dowodem na to, że z zapiekanej kanapki da się zrobić ciekawe, eleganckie danie, jedzone nie palcami, a krojone nożem i widelcem. Istnieje też croque monsieur, ale to wersja bez jajka - jak dla mnie niepełna.

Elegancko i estetycznie - Le Boudoir, 202 Boulevard Saint-Germain

W pewien weekend byłam na spacerze z Martą i Julką. Przeszłyśmy z Madeleine na drugą stronę Sekwany i skręciłyśmy w elegancki bulwar Saint-Germain. Szukałyśmy czegoś do zjedzenia i myślałam, że po drodze będziemy mijać same drogie restauracje. Jednak nie - Le Boudoir, mimo luksusowego wystroju, miał przystępne ceny, a co ważniejsze, w menu widniało croque madame. Decyzja: wchodzimy!

W środku – wygodne niebieskie kanapy i fotele, stoliki z ciemnego drewna. Przytulna, intymna atmosfera. W takim wnętrzu mogłabym siedzieć i siedzieć. Croque madame dostałam w zestawie z prostą sałatką. Idealne, by uzupełnić kalorie po kilku godzinach chodzenia. Ceny dokładnie nie pamiętam, ale były to okolice 10 euro, czyli standard.

Croque we francuskim barze - Café Rive Droite, 9 Rue de Berger

Drugie croque madame jadłam z Martą w barze przy ruchliwej stacji metra Châtelet. Samo miejsce było duże i przestronne, urządzone na czerwono. Krzesła przy stolikach były ustawione przodem do telewizorów, w których leciał akurat mecz rugby. Sporo gości wpatrywało się zapałem w ekrany, popijając piwo. To może nie do końca był nasz klimat, ale grunt, że było tam czuć pozytywną energię.

Kanapka okazała się gigantyczna. Porównajcie wielkość kromki ze zdjęcia z Le Boudoir z tą z Rive Droite! Jest chyba 1,5 raza większa. Dobrze, że tylko co jakiś czas jadłyśmy na mieście, bo nie wiem jak bym teraz wyglądała ;)

JAJKA ZAPIEKANE - Café le Petit Pont, 1 Rue du Petit Pont

Na koniec coś, co nie było mi wcześniej znane. Œufs cocotte, czyli jajka zapiekane z ziemniakami, serem topionym, szynką i papryką, podawane w rondelku. Znalazłyśmy to z Martą w jednej restauracji blisko Notre Dame. Zaintrygowało nas. Przedstawione było jako specjalność szefa kuchni, więc skusiłyśmy się.


Mimo tego, że był styczeń, usiadłyśmy w restauracyjnym ogródku. We Francji są one zimą bardzo dobrze ogrzewane, więc spokojnie można się tam rozgościć. Nawet taki zmarzluch jak ja poczuje się tam komfortowo (brr, nie toleruję zimna!).


Rondelki, w których przynieśli nam nasze dania, okazały się naprawdę duże! Do tego dostałyśmy standardowy koszyk z pokrojoną bagietką. Nie zdołałyśmy zjeść tego wszystkiego do końca. Myślę, że jedna porcja spokojnie starczyłaby na dwie osoby. Szczególnie, że jajka z serem i ziemniakami to bardzo kaloryczne i ciężkostrawne połączenie (znowu! Jak oni mogą być tacy szczupli, jedząc takie rzeczy?). Byłyśmy po tym zapchane na resztę dnia, ale szczęśliwe, że spróbowałyśmy czegoś nowego. Kosztowało to 12,5 euro, czyli ani tanio, ani drogo. Taka cena to standard za danie obiadowe w Paryżu.

Muszę jeszcze wspomnieć o okolicy!

Wspomniałam już, że restauracja znajdowała się blisko Notre Dame. To była piękna okolica, która niemal od razu stała się moim ulubionym zakątkiem w Paryżu. Wzdłuż wyspy z katedrą ciągnie się bulwar Saint-Michel, na którym ustawione są stoiska ze starymi pocztówkami, książkami i plakatami. Gratka dla zbieraczy staroci i miłośników oryginalnych pamiątek. Po drugiej stronie słynna angielskojęzyczna księgarnia i kawiarnia Shakespeare and Company, dalej mały zielony plac i kościół. Gdy skręcimy w bok, w wąskie ruchliwe uliczki, odkryjemy mnóstwo małych restauracji i sklepów. Idąc dalej w głąb, w dziesięć minut można dojść do muzeum średniowiecza Cluny, Panteonu i głównego budynku Sorbony. Tak wiele ciekawych miejsc na przestrzeni zaledwie jednego czy dwóch kilometrów. Bardzo mi się podobał tamten klimat. Z resztą zobaczcie sami:

Uff, dobrnęliśmy do końca moich paryskich odkryć kulinarnych!

Mam nadzieję, że apetyt na kuchnię francuską rozbudzony :)

Koniecznie spróbujcie któregoś z tych dań, gdy będziecie we Francji!

A może już próbowaliście? Dajcie mi znać!


Do następnego!

250 wyświetlenia1 komentarz

©2020 by OCZAMI KAROLINY. Created with Wix.com

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now