6 nietypowych miejsc w Paryżu, które skradły mi serce!

Aktualizacja: maj 22


CO ROBIĆ W PARYŻU? To chyba pytanie retoryczne. Lepiej zapytać: ILE zdołam zobaczyć podczas mojego pobytu? Z jednej strony - symbole miasta z Wieżą Eiffla i Luwrem na czele, z drugiej – wydarzenia kulturalne wszelkiej maści. Wystarczyło, że otworzyłam jakąś gazetę, a reklamy i zapowiedzi biły mnie po oczach: wystawy malarstwa, małe festiwale filmowe, wieczory literackie w kinie. Interesowało mnie niemal wszystko. Chciałam chłonąć życie kulturalne tego miasta, stać się jego częścią. Zapisywałyśmy więc z Martą w kalendarzu daty i dosłownie biegałyśmy z jednego miejsca do drugiego. Byłyśmy między innymi: na wystawie o historii wampirów w literaturze i sztuce, w centrum Pompidou, w muzeum średniowiecza i na projekcji filmu Godarda; widziałyśmy instalacje w parku Jardin des Plantes i słuchałyśmy koncertów fortepianowych. Nie mogłyśmy zwolnić, bo cały czas coś się działo. Nie było temu końca! Czułam, że to miasto jest jak wielka machina, która nigdy się nie zatrzymuje, a ja to tylko malutka istotka, która próbuje dorównać kroku temu wszystkiemu.


Tak się skupiłyśmy na aktualnych wydarzeniach, że miejsca takie jak Łuk Triumfalny czy Pola Elizejskie odwiedziłyśmy dopiero w połowie marca, tuż przed wylotem do Polski. Parę rzeczy mnie ominęło - nie zdążyłam dotrzeć na Montmartre, do katakumb czy Wersalu. Jednak nie żałuję! W zamian za to odkryłam miejsca, które nie są zbyt popularne, za to tak samo zasługują na uwagę. Każde z nich jest inne i ma swój niepowtarzalny klimat. Czasami trudno było mi uwierzyć, że to wciąż stolica Francji! Moje odkrycia są dowodem na to, że Paryż to miasto o wielu obliczach.

Zapraszam na subiektywne zestawienie najciekawszych nietypowych punktów w Paryżu. Gwarantuję, że się zdziwicie!


Bodźcem do poznawania miasta (i całej Francji) na własną rękę okazały się dla mnie zajęcia ze sztuki francuskiej. Nasza prowadząca była prawdziwą miłośniczką architektury i kultury francuskiej. Co tydzień opowiadała nam różne anegdoty, polecała miejsca do odwiedzenia, a nawet zadawała projekty do wykonania w plenerze. Jednym z nich była wizyta w którymś z parków i przyjrzenie się temu, jak jest zagospodarowany.


*Mała notka historyczna:

Ogrody publiczne w Paryżu były tworzone w XVII i XVIII wieku w duchu klasycyzmu (Wersal, Jardin du Luxembourg), a w XIX wieku według teorii Haussmanna. Pierwszy styl zakładał pokazanie siły monarchii poprzez ujarzmienie przyrody. Proste alejki i monumentalne fontanny miały budzić respekt wśród spacerujących. Drugi koncept kładł nacisk na nieokiełznaną naturę. Park miał być nieco tajemniczy; miał służyć rozrywce i być przyjemnym miejscem do spędzania czasu.


BUTTES CHAUMONT - WODOSPAD I ALTANKA JAK Z POWIEŚCI ROMANTYCZNYCH

Nigdy wcześniej nie byłam w ogrodach zbudowanych według projektu Haussmanna, więc wybrałam się z Martą do Buttes Chaumont, położonych w 19. dzielnicy, na północy Paryża.

Okazały się ogromne i skrywały dużo niespodzianek! Tak jak na przykład mały, opuszczony plac na wzniesieniu, gdzie rozstawione były kawowe stoliki i krzesła. Z jednej strony wyglądały, jakby czekały na sezon letni i napływ spacerowiczów, z drugiej – jakby stały tam od zawsze, dawno zapomniane i nieco zardzewiałe. Obok stał budynek, który w wakacje działał prawdopodobnie jako kawiarnia, ale jak było naprawdę – tego nie dane nam było odkryć.

Park był naprawdę nietuzinkowy i tajemniczy. Dałyśmy prowadzić się alejkom otoczonymi wysokimi drzewami i wkrótce trafiłyśmy na skraj rozległej doliny. Na dole rozciągało się jeziorko, a most nad nim prowadził do kamiennej altanki – charakterystycznego punktu widokowego parku. Był usytuowany tak wysoko, że można było stamtąd dojrzeć nawet wzgórze Montmarte. Chociaż znajdowało się daleko, dokładnie po drugiej stronie miasta, widziałyśmy bazylikę Sacré-Coeur wraz z przylegającymi do niej uliczkami jak na dłoni.

W Buttes Chaumont był nawet wodospad, oczywiście sztucznie zainstalowany. Tuż pod okami sąsiadujących z parkiem kamienic! Razem wszystko to wyglądało bardzo romantycznie i nostalgicznie. Jakby w tym wyjątkowym miejscu upływ czasu i świat zewnętrzny nie miały znaczenia. Na dodatek wtedy, na początku marca, liście były już bujne, a drzewa zaczynały kwitnąć. Wokół było więc biało, różowo i zielono. Czuć było wiosnę i nową, świeżą energię. Sielanka jakiej mało, dosłownie kilka kroków od głównej ulicy i stacji metra!

BUTTES BERGEYRE - KTO BY NIE CHCIAŁ MIEĆ WIDOKU NA MONTMARTRE Z MIESZKANIA?

Jeśli nie będziecie wcześniej wiedzieć o istnieniu tego miejsca, sami prawdopodobnie tutaj nie traficie. Buttes Bergeyre znajduje się bardzo blisko parku Buttes Chaumont i jest czymś w rodzaju osiedla domków, odizolowanym od reszty dzielnicy. Żeby tam dojść, trzeba wspiąć się po stromych schodach (szczerze nienawidzę schodów, ale się poświęciłam :). Dobrze, że mieszkańcy mają podjazd i garaże dla swoich samochodów, bo nie wiem, jak dawaliby radę pokonywać taką górkę codziennie! Wysiłek wspinaczki rekompensuje jednak cisza, spokój i rozciągający się z górki widok. Tak samo jak w parku, można tu z pięknej perspektywy podziwiać, jak Montmartre góruje nad miastem. Naprawdę, lokalizacja do pozazdroszczenia!

To miejsce nazywane jest też „małą wioską w sercu Paryża” – i słusznie, bo nie czuć tu wielkomiejskiego klimatu. Brak ruchu tworzy raczej aurę rozleniwienia. W skład osiedla wchodzi kilka uliczek, gdzie kamienice przeplatają się z domami jednorodzinnymi. Mają różne kolory i kształty, jednak razem z brukowaną drogą sprawiają wrażenie spójnej całości. Warto tu przyjść, by odetchnąć od gwaru miasta i popatrzeć na nie z pewnego dystansu. Warunki do pozbierania myśli gwarantowane.


RUE CRÉMIEUX – FOTOGENICZNA PROWINCJA

Pozostajemy jeszcze w klimacie uroczych, romantycznych miejsc. Tym razem pokażę wam uliczkę Crémieux, znaną wśród turystów, blogerów i instagramerów. Kiedy się tam wybrałam, nie wiedziałam jeszcze, że to hit Instagrama. Teraz wcale się temu nie dziwię – ta mała enklawa, schowana pośród całkiem zwyczajnych ulic w pobliżu dworca Gare de Lyon, jest naprawdę piękna. Wygląda tu jak w cichym miasteczku na prowincji – niskie, stare kamienice, kolorowe elewacje, przed drzwiami i w oknach dużo roślin, przy wejściach zaparkowane rowery. To kolejne miejsce w Paryżu, gdzie czas płynie jakoś inaczej. Chociaż jego mieszkańcy wcale nie są oderwani od pędu szybkiego życia – to przecież tacy sami paryżanie jak ci z nowoczesnych osiedli, chodzący do biura w garniturze i z teczką (nawiasem mówiąc, jeden taki przemknął obok mnie, gdy spacerowałam po uliczce).


Potem dowiedziałam się, że niezwykła popularność tego miejsca dała jednak w kość mieszkańcom. Wiecie, że zażądali oni zakazu dostępu dla osób z zewnątrz w weekendy? Chcieli, żeby na początku i na końcu ulicy pojawiły się bramy, ale jak na razie sprawa jest w toku…

LA PETITE ALSACE I PARYSKI NOTTING HILL

La Petite Alsace, inaczej Mała Alzacja, jest położona w 13. dzielnicy, czyli w tam, gdzie mieszkałam. Zdecydowałam się więc pójść tam na piechotę. Szkoda tylko, że wybrałam tak felerny dzień – już przed moim wyjściem na niebie zebrały się gęste chmury, a gdy tylko dotarłam do pierwszego skrzyżowania, zaczęło rzęsiście padać. W jednej ręce trzymałam kurczowo parasol, w drugiej telefon z mapą. Miałam kierować się na ulicę Daviel w rejonie Butte-aux-Cailles. Błądziłam po tej okolicy, obeszłam ją z każdej strony, zdążyło już się nawet wypogodzić, ale charakterystycznych alzackich domków nie znalazłam. Co prawda zakątki, które mijałam, rzeczywiście wyglądały inaczej niż klasyczne ulice Paryża, ale nie jestem pewna, czy o to chodziło ;) W każdym razie, intensywny spacer po stromych i wąskich uliczkach mogłam uznać za zaliczony, tym bardziej, że odkryłam kilka ciekawych murali i uroczych domów wciśniętych między kamienice.

Zeszłam w dół do głównej ulicy i coś zaintrygowało mnie po drugiej stronie. Nie wiem w sumie czemu – czasami tak mam, to moja intuicja :) Lubię odkrywać mało uczęszczane strony, skręcać tam, gdzie nikt nie chodzi. W tamtym momencie zachęciło mnie też chwilowo rozpogodzone niebo. Pomaszerowałam więc przed siebie (ah, brakuje mi tego uczucia w nogach po przejściu kilkunastu kilometrów w ciągu dnia!) i wkrótce dotarłam do niezwykłego osiedla. Tak bardzo kontrastowało z wysokimi blokami, stojącymi tuż obok!

Przede mną wznosiły się rzędy kanciastych domów z ciemnego kamienia. Wyglądały trochę złowieszczo, a efekt ten dodatkowo potęgował deszcz, który znowu zaczął padać i ponure popołudniowe światło. Gdy poszłam dalej w głąb, odkryłam eleganckie, tym razem jasne rezydencje – podobne do kamienic w pięknym londyńskim Notting Hill. Znalazło się tam nawet kilka budynków w stylu alzackim, z murem pruskim i spadzistymi dachami. Juhu, sukces! Chociaż wątpię, że była to La Petite Alsace, o której czytałam w internecie. Ze zdjęć wyglądała na znacznie większą niż to, co widziałam przed sobą. Alzacja niech pozostanie więc tajemnicą 13. dzielnicy Paryża, a jeśli komuś uda się ją znaleźć, koniecznie musi mi dać znać :) 

PARYSKIE CHINATOWN

Chinatown to symbol 13. dzielnicy. Tej, o której dopiero co pisałam i w której mieszkałam. Wszyscy moi współlokatorzy zachwalali ją za spokój i bezpieczeństwo. Rzeczywiście, nie trzeba było się tutaj bać wychodzić wieczorem. Bardzo przyjemne miejsce do mieszkania w stolicy Francji.


Chińskie dzielnice kojarzą się zwykle z kolorowymi ozdobami, reprezentacyjną bramą stojącą w centralnym punkcie i z krętymi uliczkami, na których pełno jest sklepików, restauracji i barów sprzedających azjatyckie przekąski na wynos. Jest raczej turystycznie niż autentycznie. Ze swojego doświadczenia mogę przynajmniej powiedzieć, że ten schemat powtarza się w Jokohamie, Londynie i Bangkoku. Za to paryskie Chinatown wygląda jak normalna okolica mieszkalna. Nie ma tu bramy, nie ma też tłumu odwiedzających. Dekoracje pojawiły się tylko na Chiński Nowy Rok w styczniu. Urządzono wtedy też tradycyjny pokaz tańca lwów przed dzielnicowym merostwem przy Place d’Italie. Czterech mężczyzn w przebraniach i maskach lwów dali świetny pokaz przy akompaniamencie bębnów i grzechotek. Naprawdę dało się wtedy poczuć orientalnego ducha! Jednak na co dzień jedynym wyróżniającym się akcentem w dzielnicy są szyldy restauracji z chińskimi i wietnamskimi nazwami oraz sklepy z produktami azjatyckimi – figurkami Buddy, ryżem w kilogramowych workach, pastą miso. W takim razie, po co w ogóle tu zaglądać?

Ale zaraz, czy naprawdę potrzebujemy fajerwerków, by uznać dane miejsce za ciekawe? Mnie na przykład pasował spokój tej dzielnicy, widok panów grających w ping-ponga w parku, kolorowe murale i ogromne szare blokowisko przy stacji metra Olympiades. Dwa najwyższe wieżowce tego osiedla uchodzą za punkt orientacyjny Chinatown. Kiedyś poszłam tam pobiegać i patrzyłam z zainteresowaniem, jak na małej przestrzeni miesza się kilka kultur. Na dziedzińcu między blokami stało kilka restauracji chińskich, apteka, zakład kosmetyczny. Obok goniła się grupka dzieci. Rysy niektórych z nich wyraźnie wskazywały na pochodzenie azjatyckie, innych – afrykańskie i europejskie. Słońce wtedy zachodziło i rzucało ładne światło na graffiti na ścianie jednego budynku.

Pewnie miałabym więcej ciekawych zakątków w Chinatown do polecenia, jednak z powodu epidemii nie zdążyłam do końca poznać tego miejsca. Wiem, że jest tu ukryta między kamienicami świątynia buddyjska i duży targ z chińskimi przyprawami, warzywami i owocami. Wierzę, że prędzej czy później nadrobię te zaległości :)


RAJSKI OGRÓD W MECZECIE

W 5. dzielnicy, zaraz obok mojej uczelni, znajduje się tak zwany Wielki Meczet, największa świątynia muzułmańska we Francji. Od samego początku mojego pobytu słyszałam same dobre rzeczy o tym miejscu – że można pospacerować w środku, zobaczyć piękny ogród i zrelaksować się w małej herbaciarni. Meczet trafił więc na moją listę miejsc do zobaczenia.


Wstęp jest płatny 2 euro, za to widoki w środku bezcenne! Poszłam tam z Martą i Julką i urzekł nas dziedziniec wypełniony roślinami. Uderzyła nas fluorescencyjna, błękitna barwa mozaikowej kostki na ziemi, tak bardzo kontrastująca z białymi ścianami budynku. Rozdzieliłyśmy się i każda z nas samodzielnie spacerowała po ogrodzie, odkrywając jego zakątki. Miałam wrażenie, jakbym nagle przeniosła się do któregoś z krajów arabskich. Powróciły wspomnienia z moich podróży do Egiptu i Maroka sprzed lat, a wręcz ogarnęła mnie chęć powrotu w tamte rejony.

Chciałyśmy potem napić się jeszcze mocnej arabskiej herbaty w kawiarence obok meczetu. Moja koleżanka z Niemiec, z którą chodziłam na jedne zajęcia, zachwalała ją bardzo. Tylko że ona była tam w dzień powszedni, a my w niedzielę. Natrafiłyśmy na tłumy gości! Nie było nawet co marzyć o wolnym stoliku. Ani w środku, ani w ogródku na zewnątrz nie było ani milimetra wolnego miejsca, a od wejścia do baru ciągnął się sznureczek oczekujących. Okazało się, że ta mała restauracja serwowała nie tylko napoje, ale także arabskie słodycze i dania obiadowe (na talerzach wyglądały bardzo zachęcająco i obficie!), stąd pewnie tak duże zainteresowanie. Nie chciałyśmy czekać pół godziny na stolik, ani tym bardziej czuć potem presji ze strony nowych wyczekujących klientów, więc zrobiłyśmy odwrót.  

Gorąco zachęcam do tego, by będąc w Paryżu zajrzeć do wszystkich tych sześciu miejsc. Pochodzić, na chwilę zagubić się w nich, pozwolić, by na moment udzielił się nam ich nietuzinkowy klimat. Są na pewno świetnym uzupełnieniem tradycyjnego zwiedzania Paryża i dobrą alternatywą dla oklepanych miejscówek, odwiedzanych często tylko po to, by skreślić je z listy punktów do zobaczenia. Naprawdę, polecam postawić na nietypowe rozwiązania!


Jeśli znacie inne ciekawe zakątki w stolicy Francji, koniecznie dajcie znać!


Do następnego :)  

241 wyświetlenia

©2020 by OCZAMI KAROLINY. Created with Wix.com

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now